40 milionow fachowcow

maj 9, 2008

Jak kazdy wie, polacy sa narodem iscie renesansowym. Jestesmy w swej masie znakomitymi znawcami medycyny, ekonomii, polityki, jestesmy najlepszymi kochankami (zwlaszcza ci z wasami)  a jesli kamą o pilke kopana to brazylianie moga nam korkotrampki czyścic.

Dlatego tez, ogloszenie przez Leo kadry na zgrupowanie do Niemiec wywolalo ogolnonarodowa dyskusje.
Wytrawni taktycy i stratedzy futbolu XXI wieku wychowani na Polskiej Mysli Szkoleniowej (celowo z duzej litery. Bo PMS to nie w kij pierdzial).

Nie bede tutaj cytowal naglowkow prasowych, ale szybki risercz dokonany przez GW wskazuje, ze PSM juz wie, ze brak Wichniarka i Piszczka jest wielbladem Benhałera.

Moze tak, moze nie. Ale rozpaczanie po zawodnikach, ktorzy nie zagrali ani jednego dobrego meczu w kadrze nie jest za madre. Kazdy kto widzial Piszczka w meczu z USA mogl sie przerazic….

Z drugiej strony, znajac PMS gdyby np Wichniarek i Piszczek zostali w kadrze to PMS by lamentowala, ze zabraklo kogos innego. I tak k… do zajeb…nia. Rozumiem oburzenie, ze Iwan, Dudek, Frankowski nie dostali szansy..ale na rany, miedzy nimi a ta dwojka jest ogromna roznica.

Dajcie Leo dzialac. On ma nosa. Na Portugali wystawil Bronowickiego, ktory raczej wczesniej nie powalal. I co? Zakladal sita Deco jak uczniakowi.

Moze akurat Pazdan blysnie? Skoro w kadrach Hiszpanii, Niemiec czy innych krajow graja 18 latkowie to czemu w Polsce nie sprobowac…moze to bedzie strzal w dziesiatke.

Nie lepiej te pozostale 29 dni spedzic w spokoju a nie rozpetywania narodowej wojenki bo jakis kopacz nie zostal w kadrze?

Czas na ocene ruchu Leo bedzie jak nasi wyladuja na Okeciu. A nie miesiac przed impreza.

PS - jesli ktos ma watpliwosci, czemu to Niemcy sa faworytem grupy a nie Najjasniejsza to prosze spojrzec i policzyc w wolnej chwili ilosc boisk treningowych wokol stadionu VfB Stuttgart i porowna z iloscia takich boisk w calej polskiej tzw. ekstraklasie.


Mocarstwo na szambie

maj 5, 2008

Poniedziałek rano, ambasada amerykańska w Warszawie. Kolejka osób ubiegających się o wizę. Wejście do środka to start obcowania ze światem wysokich technologii. Bramka – wykrywacz metali. Inny skaner dziwnie piszczy kiedy się do niego zbliżam.

– Ma pan przy sobie jakieś urządzenie z baterią. Proszę je wyjąć, pokazać – stwierdza strażnik.

Zdjęcie paska, zegarka, drobne z kieszeni na tackę, telefon komórkowy zabroniony, można iść dalej po żółtej linii. Szklane drzwi bez klamki otwiera na odległość ktoś z wewnątrz. W środku nie ma szans obcowania z żywym człowiekiem, bo wszyscy są za szybami, a dokumenty podaje się przez metalowe szczeliny. Skanowanie odcisków palców. Ręka lewa, ręka prawa, kciuki, skanowanie dokumentów, kody kreskowe, drukowany numerek wskazujący miejsce w kolejce. W rogu sali amerykańska flaga. Wszystko było bardzo hi-tech, aż do pojawienia się swojskiego rodzimego akcentu, który natychmiast przywołał uśmiechy uspokojenia na twarzach zestresowanych aplikantów:

– Będziecie Państwo musieli poczekać jeszcze 10 minut, mamy małą awarię, zalało nam pomieszczenia konsularne na dole, zaraz przyjdą sprzątaczki z mopami i będzie można kontynuować – poinformował jeden z pracowników.

W Afganistanie Talikowie, w Iraku rebelianci, w Warszawie ścieki. Nie jest łatwo być Amerykaninem.

PS. DziuraWcałym umilknie na mniej więcej tydzień, jako że obaj rozjeżdżamy się po świecie w poszukiwaniu inspiracji i tematów, których – sami przyznacie, Szanowni Blogoczytelnicy – ostatnio nam jakby brakowało. Zającowi już zazdroszczę wizyty w (chyba) Bawarii, i dzisiejszej jazdy w pociągowym przedziale z człowiekiem-instytucją, Tomkiem Lipińskim:


Buntowniczy poniedziałek

kwiecień 21, 2008

Poniedziałkowy poranek, stacja metra Plac Wilsona w Warszawie.

Tłum ludzi wali do dyżurki, by kupić bilet miesięczny. Tam – przerwa od 10 do 10.20. Pani w okienku obok cierpliwie tłumaczy, że nie sprzedaje, bo bilety wyłącznie w okienku obok (aktualnie zamknięte), lub w automacie naprzeciwko.

Ktoś pognał do automatu, ale zaraz wraca:

- Nie wydał mi reszty i nie ma biletu, co robić?

Okienko:

- Automaty nie są nasze, reklamacje trzeba składać na stacji Świętokrzyska.

- Ale jak tam dojechać, skoro nie mam biletu?

- Nie mogę nic zrobić.

A ja cierpliwie stałem i wpatrywałem się w kotarę, która przysłoniła okienko, w którym sprzedaje się bilety. Kolejka powoli rosła, a ja mogę przysiąc, ze z boksu kasjerki dobiegało mlaskanie i ciamkanie.

Miałem wizję stalowej pięści wbijającej się przez szybę do kantorka i zabierającej biurwie kanapkę, ale na szczęście miałem w rozweselającą lekturę, czyli wywiad Sierakowskiego z Kwaśniewskim, który opisywał jak to w stanie wojennym obdarzony wadą wymowy niejaki Stefan Olszowski z politbiura decydował o reaktywowaniu pisma “ITD“:

“- No dobła, niech wam kułwa będzie. Ale żebyście kułwa potem nie mówili, że jestem beton. Bo nawet jak beton to sentymentalny”.

Pozostanę przy optymistycznie naiwnym przekonaniu, że coś się jednak zmieniło od tego czasu.


Butelki z benzyną i kamienie

kwiecień 17, 2008

Takie pytanie przeleciało mi przez myśl, kiedy przeczytałem garść informacji o nadchodzącym strajku Poczty Polskiej.
Poczta, państwowa firma, zapowiada że „sorry, nie będziemy dostarczać przesyłek żadnych, w tym PIT-ów, bo związkowcy chcą 700 zł podwyżki, a my dajemy 5 stów.”. Związkowcy mówią „wała”, a zarząd państwowej firmy rozkłada ręce.
Jednocześnie to samo Państwo, które jest właścicielem poczty, zapowiada, że nie będzie zmiłuj dla tych, którzy z powodu strajku spóźnią się z dostarczeniem PIT, za co grozi ponad 2 tys. zł kary. Czyli jedną ręką Państwo odbiera możliwość wypełnienia obowiązku, a drugą grozi palcem i straszy karą.
Wygląda więc na to, że PIT-a będę musiał zawieźć osobiście. Ciekawe, czy Państwo w swoim rozdwojeniu jaźni zwróci mi za paliwo?

Kuszący jest w takiej chwili pomysł zawiązania na twarzy arafatki, zielone bojówki na tyłek, na koszule jakieś hasło, w ręce butelka z benzyną, kamień i można obalać opresyjny system korporacyjno-urzędniczy. Gdyby tylko takie gówniarskie zagrywki coś załatwiały, choćby na poczcie.


Trzy najbardziej znane słowa na świecie: Made In China

kwiecień 9, 2008

Bardzo ciekawe jest to wszystko, co dzieje się wokół Chin i olimpiady w Pekinie ostatnio. To taka fajna sprawa, w której koncentrują się ciekawe wątki.

W Londynie ktoś wyskakuje z gaśnicą na płomień olimpijski, w Paryżu go gaszą, a całą pielgrzymkę z płomieniem obstawiają skośnoocy ochroniarze. Pod sztandarem ruchu olimpijskiego, pięć zachodzących na siebie kółek, laurowe wieńce, Grecja i w ogóle.

To świetne zestawienie, które jak w soczewce pokazuje naszą hipokryzję. Naszą, czyli społeczeństw bogatego Zachodu (tak, należymy do spasionej mniejszości, konsumującej ropę, prąd, mającej przemysł internetowy, etc.).

Sam zaczynam rozglądać się za kupnem jakiejś koszulki z czymś antychińskim, najlepiej kajdankami zamiast olimpijskiego logo. Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że protesty wobec olimpiady odbywają się z przyzwoitości, dla zapewnienia lepszego samopoczucia. By ukryć to, do czego nie chcą się przyznawać rządy, organizacje i obywatele: po pierwsze że ruch olimpijski to biznesowa sprawa oderwana od jakichkolwiek ideałów, co dopiero teraz widać tak wyraźnie, a po drugie, by zagłuszyć jakoś poczucie niepokoju, wynikające z tego, że pozwoliliśmy Chinom by w praktyce trzymały większość zachodniego świata w szachu.

Nie protestowano, kiedy osiem lat temu prawo do organizacji imprezy przyznano Pekinowi. Zaprotestowano dziś, kiedy zaczęli buntować się Tybetańczycy. Nie wiem, czy antyolimpijski ruch by się obudził gdyby nie oni. Dali nam doskonały pretekst, bo przecież protestujący sprzeciwiają się temu, w czym sami uczestniczą. Mają na nogach Nike czy Adidas z made in China, ulotki piszą i drukują na sprzęcie z Chin, noszą chińskie levisy. Tak jak ja, jak każdy z nas. Chiny są drugim największym partnerem handlowym UE i bez produktów z tego kraju nasz świat zubożałby o długopisy Bic, elektronikę, ciuchy, i całą masę innych rzeczy. Jeśli musielibyśmy produkować je u siebie, kosztowałyby znacznie drożej.

Dlatego protesty antyolimpijskie nie będą zbyt gwałtowne. Incydent tu, tam. Raczej na szczeblu indywidualnych wybryków, nigdy oficjalnego stanowiska rządu. Chcemy tylko pokazać, że mamy inne wartości, i Chińczyków z ich morderczą dyktaturą nie akceptujemy. Zaznaczamy: jesteście tylko producentami rzeczy „Made in China”. Ale nie za mocno. Bo po olimpiadzie nadal będziemy tych produktów potrzebować.


Wiosenne przesilenie!

marzec 31, 2008
Uspokajamy wszystkich odwiedzających - brak aktualizacji nie oznacza, że zapomnieliśmy o “dziurze”. Mały ruch na stronie to wina galopujących wydarzeń. Dzieje się wiele, np. dziś Zając wspomniał, że najadł się tak, że nie mógł zmieścić się do Seicento.Druga część bloga jest tymczasem zajęta procesem zmiany pracy. Co ciekawe, odbywa się on w czasie pobytu na urlopie. Nie ma to jak się dobrze ustawić. W tzw. międzyczasie doszło do spotkania na szczycie, w realu, między M in Stockholm a Dziurą w Całym, gdzie przy szklance pilsnera ustalono zasady współpracy dwustronnej.Tymczasem obaj pisujący tutaj wybierają się na mecz Lecha Poznań z Odrą Wodzisław, czyli rycząco-wyjące doświadczenie na 20 tys. ludzi. A raczej wiary, tej, bo rzecz będzie w stolicy Wielkopolski. Gdzies miedzy tym wszystkim jest perspektywa kilku dni przy grillu, w szafce czeka zacna whisky z wolnocłowego, a gruntownego przeczytania domagają się “Nauczka” Żakowskiego, “Rakiem” Umberto Eco i dokończenie “Co to są sepulki” Orlińskiego.

Do tego kuszą takie rzeczy jak “Wyprawa w 20-lecie”, czyli wystawa podsumowująca polską sztukę 1919-1939 r., na której są między innymi takie perełki:

Do tego za oknem słońce, i więcej niż 10 stopni. Nie ma co tu siedzieć :)

Do przeczytania niebawem.


Przyszłość jest tutaj

marzec 19, 2008

Oczy wyszły mi z orbit, kiedy natrafiłem na wideo prezentujące możliwości najnowszych robotów, które zbudowała firma Boston Dynamics:

Początkowo myślałem, że mają posłużyć eksplorowaniu obcych planet, ale po zgłębieniu tematu okazało się, że prace finansuje amerykańska DARPA, czyli Defence Advanced Research Projects Agency. Czyli, jak ktoś skomentował, niedługo takie “pieski” zamiast eksplorować Marsa czy Wenus będą zaprowadzać porządek w Afganistanie lub patrolować Zachodni Brzeg Jordanu.

Tak czy siak, sposób poruszania się tych maszyn, a szczególnie wychodzenie z opresji robią wrażenie. Do tej pory poruszające się roboty przypominały odkurzacze na kaczych nogach. Naturalność poruszania się tych “zwierzaków” jest w jakiś sposób niepokojąca.


“Ja nie słyszałem”

marzec 16, 2008

Facet bije kobietę na ulicy. Ktoś to widzi, dzwoni na policję. Ta przyjeżdża i zapuszkowuje boksera. Incydent opisuje gazeta.

Normalna sytuacja. Gdyby pojawił się ktoś, kto publicznie powiedziałby „nie rozumiem, jakimi motywami kierował się człowiek wzywający policję i dziennikarze którzy to opisali”, to najprawdopodobniej zostałby uznany za debila, z którym nie warto rozmawiać, skoro nie łapie tak oczywistych rzeczy.

Kiedy kręciłem autem serpentyny po wielopoziomowym parkingu galerii handlowej w której codziennie parkuję, usłyszałem w radiu, z ust duchownego, którego nie pamiętam nazwiska: „Nie wiem, jakimi motywami kierują się ludzie ujawniający tę sprawę i opisujący ją. Nie rozumiem ich”. Chodzi o molestowanie seksualne, jakiego mieli się dopuścić księża i reportaż z DF.

O. Mogielski, który ujawnił sprawę, twierdzi, że abp Kamiński, który o wszystkim miał wiedzieć, ale nic nie zrobił, rozpowszechnia plotki o tym, że ksiądz-źródło przecieku sam jest gejem. W swoim liście do wiernych abp Kamiński powtarza to, co mówił jego kolega w radiu:

“Trudno zrozumieć, jakie motywy kierowały autorami wspomnianego tekstu oraz osobami dostarczającymi im materiałów. Okazuje się, że w dzisiejszym świecie tak łatwo publicznie można odrzeć człowieka z jego godności”

Prymas Polski poproszony o komentarz mówi „ja nie słyszałem”.

Normalnym ludziom, u których takie historie wywołują obrzydzenie, nic na takie dictum się nie wznosi, a opadają ręce. Strategia kościoła: zaprzeczyć, wyprzeć się, nie mówić nic, zamieść pod dywan.

Biskupom pytającym o motywy dziennikarzy i tych, którzy ich poinformowali, odpowiem. Ofiary molestowania.

Śledząc uważnie sprawę od początku, ani razu nie natknąłem się na wypowiedziane przez duchownych słów o młodych, nastoletnich chłopaczkach, których kapłani trzymali za przyrodzenie i kto wie co jeszcze robili. Nikt z przedstawicieli instytucji miłosierdzia i nadstawiania drugiego policzka nie zająknął się na temat tego, co czują dziś dorośli mężczyźni, doświadczeni w czasie dorastania w tak obrzydliwy sposób. Czy są zdrowi? Czy mają rodziny i potrafią budować normalne relacje? Czy poradzili sobie z tym, czy też tkwi to w nich nadal?

Mało mam satysfakcji z obserwowania jak dla dwutysiącletniej instytucji liczy się tylko tu i teraz – żadnej refleksji nad konsekwencjami afery i postrzeganiem Kościoła wśród inteligentnych, logicznie myślących ludzi.

Dostałem ostatnio na GG żarcik: „Co w Polsce grozi za pedofilię? Przeniesienie do innej parafii”. Początkowo wydał mi się niesmaczny, ale po zastanowieniu się, jestem pewien, że by przerwać to koło zakłamania w kościele, który wciąż traktuje wiernych jak motłoch, trzeba walić z grubej rury. Kiedy ktoś bawi się siusiakami małych chłopców, to potrzebne są drastyczne środki, a nie dyplomacja przyjazna sutannie.


Od debili dla debili

marzec 15, 2008

Ciekawy tekst napisał w świątecznej ” Wyborczej” Witold Gadomski (tekstu nie ma jeszcze w sieci). To kolejny jego artykuł o roli mediów w naszej, polskiej polityce, o coraz większym prymitywizmie przekazu medialnego w Polsce.

Doszedł do interesującego wniosku, który musi się wydać intelektualnie kuszący każdemu, kto oglądając w naszym kraju telewizję czuje poirytowanie, a po oglądnięciu wieczornego newsowego kombo (Informacje, Fakty, Wiadomości), nie czuje się dobrze poinformowany, a raczej zmęczony informacjami o tym który z polityków popisał się dziś zgrabniejszym bon motem.

Gadomski przytacza książkę Zabawić się na śmierć” Neila Postmana, który napisał, że złotym wiekiem demokracji była epoka druku. Było tak, bo umożliwiał on poważną debatę o sprawach publicznych. TV taką debatę wg. Postmana uniemożliwia.

Dalej Gadomski przytacza Giovanniego Sartoriego i książkę “Homo videns. Telewizja i postmyślenie”. Napisał więc Sartori, że w TV “liczy się informacja najbardziej filmowa. Gdy zabraknie materiału obrazkowego, informacja, nawet jeśli pojawi się na antenie, nie dotrze do odbiorcy”.

Jeśli ktoś ma wątpliwości, polecam znaleźć w internecie np. stare “dzienniki telewizyjne” z późnych lat 80., czasów Okrągłego Stoł¨, itd. Działo się wiele, mówiono wiele o rzeczach waźnych, jednak dziś oglądając tamte słowa, bardziej zwrócimy uwagę na przaśność studia, dziwny ubiór prezentera, a statyczność obrazu będzie razić.

Obiema rękami podpisuję się pod zacytowaną przez Witolda Gadomskiego tezą Postmana i Sartoriego: “w telewizji nie jest możliwa debata o sprawach publicznych, liczy się gest, mina, obraz”.

Naiwne byłoby zżymać się na to wszystko, i obrażać na rzeczywistość. Jest, jak jest , a telewizja nie jest niezbędna do życia i wyrabiania sobie poglądu na sprawy.

Martwi mnie jednek, idąc nieco dalej od tego, o czym napisał Gadomski, że obrazkowość przekazu wkracza dalej, do mediów drukowanych. W ogólnopolskiej gazecie, która chce być czymś pośrednim między tabloidem a powaźną gazetą, czyli podawać dobre, rzetelne informacje w zrozumiały, “ludzki” sposób, rządzi obraz.

W tekście liczy się tylko tytuł, dwa - trzy zdania otwierające. Reszta - bez znaczenia, bo jak powiedział ktoś z kierownictwa, “i tak tego nikt nie czyta”. Liczy się to, co wielkimi literami, co na zdjęciu, co na infografice.
Jeden z moich kumpli z działu ekonomicznego ostatnio pół dnia gromadził dane do infografiki, która miała towarzyszyć jego artykułowi o inflacji, pokazywać jaka była jej wysokość w ostatnich latach, na początku lat 90. i inne takie. Ostatecznie wykresy zostały zdjęte, bo będą “zbyt skomplikowane”. Zastąpiły je zdjęcia ziemniaków, cebuli i innych podstawowych produktów, wraz z informacją o ile mają zrożeć.

Cóż, po co Czytelnik miałby być epatowany nadmiarem informacji. Lepiej naszykować tekst, w wyniku którego zamruczy pod nosem “cholera, znów pyry drożeją”. Upraszczanie tekstów, prymiwizm wręcz. Nie sposób napisać czegoś o trendach, spojrzeć na coś krytycznie, w poprzek trendów, pod prąd. Większość przekazu musi się sprowadzać do przekazu co zdrożeje, co potanieje. Ok, to jest waźne, ale nie wyłącznie.

Wydaje mi się, że nie tędy droga. Dość celnie ujął to Gadomski, pisząc o tabloidyzacji w odniesieniu do polityki:

“Media sprawiają, że pozornie skraca się kontakt między politykiem a wyborcą. Dzięki sondażom polityk już następnego dnia wie, czy postąpił słusznie. Politycy coraz bardziej martwią się reakcją wyborców, a wyborcy są przekonani, że potrafią zmusić polityków do do działań zgodnych z ich preferencjami. Tylko nie wiedzą, jakie jest pole realnych wyborów. Media skupione na zabawie i szybkim obrazie nie komunikują tych problemów społeczeństwu. Nie ma dyskusji o bombie demograficznej, związanej ze starzeniem się społeczeństwa, o narastającym długu publicznym, długach hipotecznych gospodarstw domowych, o fatalnym poziomie przedmiotów ścisłych w szkołach, konieczności dokonania ogromnych inwestycji w energetyce, perspektywie budżetowej Unii po 2013 r.i zaśmiecaniu lasów”.

Do tego katalogu można dodać jeszcze listę innych problemów, jak np. małe nakłady na naukę, badania, nowe technologie, dostęp do internetu na wsiach, i wiele innych, ale nie o to chodzi.

Znów mógłbym się silić na własną puentę, ale podeprę się Gadomskim, bo po raz kolejny trafił w 10, pisząc:

“Problemy nie znikną. Są jak góry lodowe, naprzeciw którym płyniemy kierowani przez kapitanów zajętych kłótnią o melodię, jaką przygrywa telewizyjna orkiestra”.

Uczestniczę w tworzeniu tego medialnego, obrazkowego zgiełku. Martwi mnie to, co się dzieje. Oczywiście to wołanie na puszczy. Na masowe odrzucenie lekkiej informacyjno-obrazkowej papki nie ma co liczyć. Mam nadzieję, że ze kilka, kilkanaście lat to się zmieni. W końcu w jakiś sposób cały czas dojrzewamy po transformacji do normalnego życia, zaczętej w 1989. Wwielu bardziej cywilizowanych krajach proces tabloidyzacji nie jest tak dramatyczny, bo przez dziesięciolecia poważne media, jak Financial Times, The Economist, L’Equipe, Frankfurter Allgemaine Zeitung i cała masa innych wyrobiły sobie pokolenia czytelników, o których nie muszą walczyć quasi-tabloidowym przekazem. Tam przez dziesięciolecia były gazety, całostronicowe teksty, polemiki, odpowedzi, listy do redakcji, dyskusje, ważne rzeczy. Dopiero potem przyszła telewizja. U nas wszyscy wystartowali jednocześnie, wraz z powstaniem wolnego rynku. Wszyscy walczą o tego samego odbiorcę. Gazety ścigają się na newsy z internetem, portale w sieci ścigają się z telewizją na coraz atrakcyjniejsze materiały wideo, a telewizje tworzą własne portale, w których teksty piszą dziennikarze jednocześnie pracujący w papierowych mediach. Efekt - przekaz, o kóry, czasem mówimy z ludźmi z redakcji ”od debili, dla debili”.

Każdy gryzie każdego i, niestety, każdy zakłada, ża obiorca potrzebuje taniej sensacji. A prawdziwe problemy, o których pisze choćby Gadomski, leżą odłogiem.


Kanclerski czy prezydencki? Jakie to ma znaczenie?

marzec 11, 2008

Miałem deja vu. Po raz kolejny w ciągu kilku miesięcy spotkała mnie dokładnie taka sama sytuacja. Wyjazd za granicę, taksówka, kierowca orientuje się że obcokrajowiec, pyta skąd, mówię „z Polski” i następne pytanie jakie się pojawia to „jak silną macie gospodarkę?”, „ile się u was zarabia, jak się prowadzi firmę?”, „czy internet jest w centrach miast za darmo?”. I tak dalej.

 

Tymczasem nasi politycy zajmują się rozważaniami, na temat tego, czy konstytucję zmieniać w kierunku systemu kanclerskiego czy też prezydenckiego. Czyli zastanawiają się jak by tu ułatwić sobie swobodne rządzenie, tak by po elekcji już nikt, nie przeszkadzał, żaden prezydent nie musiał kontrasygnować, podpisywać, nie mógł zawetować, żeby żaden premier nie wysuwał już swoich własnych ministrów i tak dalej.

 

O swoich pomysłach na modyfikacje w konstytucji mówi zarówno PO, PiS, ostatnio nawet A. Kwaśniewski. Wygląda na to, że klasa polityczna wyczuwa swoje zużywanie się, i próbuje szybko umościć sobie wygodne gniazdko w postaci ośrodka władzy odpornego na kontrolę z zewnątrz, i z tak silnymi uprawnieniami, że całkowicie wolnego od konieczności szukania tak znienawidzonego kompromisu.

 

Gdzieś w tym wszystkim giną rzeczy ważniejsze. Na przykład gospodarka, której nie najgorsze wskaźniki nie przekładają się wyraźnie na lepszy poziom życia. Mamy pieniądze na drogi, autostrady, inwestycje napływają, etc, ale nie potrafimy tego wykorzystać, głównie przez złe prawo i zbyt wielką liczbę przepisów i nakładających się na siebie kompetencji. Kto próbował zbudować choćby garaż, wie o czym mówię. Jednak mimo to, wielu komentatorów bezmyślnie rozlicza rząd z liczby złożonych projektów ustaw – tak jakby ilość miała przejść w jakość.

 

K. M. Ujazdowski przekonujący dziś rano w TOK FM o konieczności wprowadzenia okręgów jednomandatowych, czy R. A. Ziemkiewicz utyskujący w dzisiejszej „Rz”, że konserwatywni intelektualiści mają znikomy wpływ na politykę, nie zapełnią naszych portfeli i nie sprawią, że raty kredytu przestaną rosnąć.

 

Prawdziwym orężem nowoczesnego państwa jest silna gospodarka, działająca jak magnes, błyszcząca jak czekoladka na wystawie. Kto zamiast tego zajmuje się budowaniem ideowej nadbudowy, jest oderwany od rzeczywistości i zawsze będzie się musiał liczyć, że od kogoś usłyszy argument „wy tam się pierdołami zajmujecie, a my tu mamy dziurawą drogę i nauczyciela, który zarabia 1000 zł.”. I co wtedy odpowiedzieć?