Second Life jest dla tych, którzy nie mają First Life
Pamiętacie film „Tron” z początku lat 80.? Klasyka SF. Chodziło o przeniesienie ludzi do wnętrza komputera. Pobudzało wyobraźnię. Entuzjazm widzów szybko odpadł, kiedy okazało się że za pomocą ówczesnych komputerów (np. Commodore 64) można było kogoś przenieść do innego świata, ale waląc monitorem w czerep.
W pierwszej połowie lat 90. nastąpiło krótkie zachłyśnięcie „virtual reality”. Za pomocą nakładanych na głowę gogli z kaskiem, który wyświetla obraz miało to udawać rzeczywistość i być społeczną rewolucją. Kolejny raz okazało się, że komputery są za słabe żeby cokolwiek udawać, a grafika i świat VR jest brzydki i kanciasty.
Temat znów powraca. Ray Kurzweil niedawno stwierdził, że w ciągu najbliższych 15 lat możemy spodziewać się pierwszej syntezy biologii i technologii. Inaczej mówiąc, zespolenia człowieka z maszyną. Nie przebiera w słowach, mówiąc o tym, że przeniesienie świadomości do maszyn pozwoli nam żyć wiecznie, a rozróżnienie świata realnego i wirtualnego będzie niemożliwe. Coś na kształt matriksa.
Oczywiście nie przesadzajmy. Te zapowiedzi wypada przez sam szacunek dla logiki podzielić przez 10. Jednak coś niewątpliwie jest na rzeczy. W Gazecie Wyborczej z czwartku pokazał się duży wywiad z Philipem Rosedalem, twórcą “Second Life”.
To rodzaj gry komputerowej, symulującej rzeczywistość. Idealne dla wyalienowanych życiowo wykolejeńców. Nie ma celu, punktów czy potworów do zabicia. Po prostu sterujemy stworzoną przez siebie postacią, łazimy, spotykamy inne postacie, którymi przez internet sterują inni prawdziwi zagubieni w prawdziwym świecie. Graczy jest teraz ok. 6 mln.
Wokół “Second Life” trwa żenujący medialno-marketingowy szum. Do gry włażą postacie całkiem znane z realnego świata. Wirtualny koncert dał zespół U2. Pogadankę wygłosiły autorytety uczestniczące w ekonomicznym forum w Davos. Kilka krajów prowadzi tam swoje ambasady. Firmy takie jak Dell czy polski operator komórkowy Play otwierają wirtualne biura. Koncerny zleciały się jak muchy do wiadomo czego, bo w grze mamy tłumy ludzi.
Cała masa osób zamiast żyć swoim prawdziwym życiem siedzi w Second Life i oddaje się grze – symulatorowi życia, przy okazji nabijając kasę Linden Lab, twórcom Second Life (gra jest tylko częściowo bezpłatna).
Próby otrzeźwienia będą punktowane artykułami o “nowym, fascynującym świecie”, które będą pisali albo cyniczni marketingowcy albo niezdolni do krytycznego myślenia fanatycy tacy jak Krzysztof Urbanowicz, bezkrytycznie zafascynowani modą na Second Life.
Wszystko układa się doskonale. Graczy przybywa, kaska leci, konta puchną.
Wracając do świadomości ludzkiej zaklętej w układach scalonych. To czyste S-F. Cokolwiek się zdarzy za 15 lat, nie będzie to początek matriksa. Jednak jak widać, wyalienowanym internautom, którzy nie radzą sobie w realnym świecie, nie trzeba zbyt wiele. Siedzą przed komputerem i płacą za dość brzydką i graficznie kulawą iluzję świata. No bo przecież za każdą postacią kryją się prawdziwi ludzie.
Uhm, wychodzę na ulicę i mam to samo. Grafika lepsza. Postacie ładniejsze. Kawa, którą sobie zrobię, nie jest cyfrowa i pachnie. Dziewczyny mniej kanciaste niż na ekranie komputera.
First Life.

Muszę przyznać, że sam, niejako na fali ściągnąłem tę grę. I szybko z niej wysiadłem. Szkoda na to czasu.
A jak ktoś ma tego czasu za dużo i np. nie ma z kim się spotkać, to niech już lepiej książkę jakąś poczyta… Byle nie podręcznik do SL.
ramzelsworld.blogspot.com
lipiec 15, 2007 at 11:07 am
[...] www [...]
Second Life jest dla tych, którzy nie mają First Life « Trendy oczami “experta”
wrzesień 8, 2007 at 11:21 pm