dziurawcałym

zdrowy rozsądek. oczy i uszy szeroko otwarte. polityka. media. gospodarka.

Pożar w burdelu. O mediach.

z 5 komentarzami

Dziś bardzo długa notka, ale chyba nie dało się tego ująć krócej.  Do dzieła.

Media w Polsce są w kiepskim stanie. Sam uczestniczę w ich tworzeniu ich papierowej, codziennej części, więc pozwólcie, że podzielę się kilkoma obserwacjami z wnętrza medialnej pralki.

Gazety papierowe są coraz bardziej infantylne, i większość z nich stopniowo, w różnym tempie, ale jednak – steruje w stronę tabloidów. Oczywiście na pierwszej stronie dzienników opiniotwórczych nie będzie newsów o Dodzie, ale coraz większa obrazkowość i prymitywizacja przekazu jest faktem.

Jest kilka przyczyn tego stanu rzeczy. Po pierwsze, parcie na newsa. Najlepiej, gdyby codziennie był ekskluzywny hit, który społeczeństwo przyprawi o palpitację serca. Ok., taka rola mediów, i nas, dziennikarzy.  Wiadomo jednak, że nie codziennie strzelają do Kennedy’ego,  więc newsa kręci się z gówna, lub podkręca się tekst, kłamiąc w nim i naginając fakty. Bo w końcu kto czyta sprostowania na stronie 29 na dole? Dlatego zdarzają się takie sytuacje, kiedy  w redakcji dużej, ogólnopolskiej gazety można przeczytać odezwę napisaną na ścianie przez dziennikarzy jednego z ważnych działów:  „prosimy redaktorów pracujących z naszymi tekstami, o niedopisywanie do nich fikcyjnych danych i wypowiedzi”.

Tyle od kuchni. Niezależnie jednak od tego, jakim sposobem powstanie ten news, to codzienna dawka hitów i wystrzałowych materiałów, spowoduje, że sensacyjność powszednieje, a czytelnicy obojętnieją. Następuje spadek wartości newsa, jego dewaluacja. By temu zapobiec, trzeba dać kolejnego, ale bardziej, mocniej. Bęben pralki kręci się jeszcze szybciej. To zjawisko dotyczy też mediów elektronicznych. Stąd bierze się niemal stały już stan czerwonego alarmu na TVN24, kiedy reporter na żywo, z przejęciem godnym ogłaszania zamachu stanu wyjawia widzom, że „na razie nic nie wiadomo” , co oczywiście okazuje się często na tyle ważnym przekazem, by trafiło na czerwony pasek na dole ekranu. Podobnie w Internecie – tytuł na Onecie sugeruje, że Barcelona kupi polskiego piłkarza, a po zajrzeniu do środka okazuje się, że owszem, ale co najwyżej rozgrywającego w knajpiane piłkarzyki. Fakt, sam sobie jestem winen, bom kliknął. Mimo to, kiedy stykam się z czymś takim, mam nieodparte wrażenie że ktoś tu ma mnie za idiotę.

Parcie na newsa i kręcenie medialnym maglem ma także inne, poważniejsze następstwa. Mianowicie, nawet jeśli wydarzy się coś ważnego, jak np. taśmy Beger, po których ujawnieniu ci, którzy brali w tym udział powinni być odprawieni przez media w polityczny niebyt, to jest natychmiast przykrywane nowym, choćby nawet to był rozwód wspomnianej już Dody (hm, pojawia się już tu drugi raz, pewnie ktoś wypomni że mam kompleks czy coś). Udziałowcy afery, po cichej kwarantannie wracają , jak gdyby nigdy nic, na polityczne salony. Skutek jest taki, że polska opinia publiczna nie ma szansy na poznanie wszystkich szczegółów, na wyrobienie sobie zdrowego osądu. Dziennikarze nie drążą, bo lecą już do następnego tematu.

Gdyby Afera Watergate zdarzyła się w dzisiejszej Polsce, byłaby 3-dniowym newsem, bez żadnych konsekwencji (w USA Nixon wyprowadził się z Białego Domu). Tam od zdarzenia, tzn. włamania do siedziby demokratów, i ujawnienia sprawy przez Woodwarda i Bernsteina w ‘Washington Post’, do dymisji prezydenta minęły dwa lata. W tym czasie drążono, dyskutowano, dziennikarze opisywali nowe wątki, pojawiały się zwroty akcji, aż w końcu Watergate stała się prawdziwym katharsis, jednym z amerykańskich uwierających kamieni w bucie, jak Wietnam, segregacja rasowa, etc. Ktoś powie: inne media, inne tempo. Ja odpowiem: zasady rzetelności się nie zmieniły.

Czy zatem dziennikarze i publicyści narzekający na osławiony już brak debaty publicznej o ważnych dla nas sprawach, nie idą na łatwiznę, obwiniając za ten stan rzeczy polityków? Czy nie powinni spojrzeć  na siebie, zastanowić się czy sami próbują taką debatę społeczną prowadzić, czy też może nakręcają kołowrotek magla?

W końcu z czegoś trzeba żyć i dlatego nawet najbardziej inteligentni komentatorzy nie powiedzą nam nigdy: „drodzy państwo, nie przejmujcie się, życie publiczne przedstawiane w mediach to tylko teatrzyk, bez większego realnego wpływu na wasze życie.” Tak nie zrobią, bo mogłoby się okazać, że wtedy ludzie nie pójdą do kiosku po gazetę lub nie włączą telewizora. Większość polskich mediów swoją działalność sprowadza do przekonywania nas o wielkim znaczeniu rzeczy, które są bez znaczenia dla przeciętnego tych mediów konsumenta. Prowadzi to do żenujących paradoksów, jak np. u Janiny Paradowskiej, która kiedyś, za rządu Marka Belki, utyskiwała w którymś z komentarzy, że rząd nie rządzi, a administruje i jest nudno (cytat z pamięci). Potem, kilka lat później, w czasach wysokoobrotowej polityki w wykonaniu PiS u władzy, Paradowska bodaj w „Polityce” tęskniła za rządem nudnych fachowców, którzy nie robiliby szumu, a wykonywali swoją robotę (również cytuję z pamięci).

Być może za bardzo czepiam się tu słówek, ale to poplątanie oddaje brak dystansu mediów do siebie samych i brak refleksji nad własną misją, a raczej wielkim przywilejem, jakim jest możliwość objaśniania czytelnikom/widzom/słuchaczom rzeczywistości.

Jak pomyśleć, to ten przywilej to wielka odpowiedzialność, bo jeśli ktoś czyta tekst choćby o hodowaniu pelargonii, to zazwyczaj uważa, że ten kto pisze, jest fachowcem, na zasadzie: „Do cholery, tak w gazecie/tv było! Oni chyba wiedzą, co piszą czy pokazują, no nie?!”.

Niestety, nie. Media są pełne jednodniowych fachowców, którzy dziś piszą o inwestowaniu na giełdzie, a jutro o harcerzach, którzy zrobili zbiórkę pieniędzy. Raz o internecie, a drugi raz o tym, jak rozlicza się podatki wg nowych zasad. To druga największa przyczyna degrengolady większości polskich mediów. Skąd to się bierze? Oprócz specyficznej filozofii rodzimych mediów, o której za chwilę, winna jest ekonomia. Konkretnie koszty. Ich cięcie jest powszechne, bo wydawanie gazety i media w ogóle, to biznes w który trzeba dużo włożyć, by zarobić. Presja kosztów powoduje ciągłą gonitwę za newsem, nawet za cenę porzucania ważnych spraw, o czym wspomniałem wcześniej.

Skutek jest taki, że większość polskich gazet i mediów, nie trzyma takich standardów jak np. ich odpowiedniki, szczególnie anglosaskie – The Economist, Financial Times, Wall Street Journal czy International Herald Tribune. Według polskich standardów są one nudne, mało dynamiczne i dziennikarstwo w tym rodzaju jest czasem stawiane jako antyprzykład. Bo specjalistyczne, przeładowane faktami i mało ciekawe. Jednak kiedy pobieżnie nawet przerzucę którąś ze wspomnianych gazet, czuję się dobrze poinformowany i traktowany poważnie. Tymczasem w polskiej gazecie każdy tekst woła do mnie prostackim tytułem, zabiega o ściągnięcie uwagi, nawet za cenę nie trzymania się faktów. Czytając FT czy Economist wiem, że teksty piszą specjaliści, wąsko wyspecjalizowani fachowcy. W Polsce utrzymywanie oddzielnego dziennikarza do pisania o motoryzacji i innego od giełdy to często zbytnia rozrzutność. Każdy jest od wszystkiego, czyli od niczego. Przyszła mi na myśl analogia: czy budując most przez rzekę firma powierzyłaby spawanie podpór przeprawy facetowi, który kładzie asfalt? Nie. A w mediach – bez problemu.

Do tego wszystkiego można dodać nieco mniejsze kwiatki, takie jak nierozróżnianie przez redaktorów działu gospodarczego pojęć „przychody” i „zysk” oraz totalnie swobodne traktowanie faktów. Jakość kadr jest często tragiczna, a ci dobrzy fachowcy, którzy jeszcze są w branży, mają coraz mniejsze pole manewru, bo często jako ludzie zajmujący kierownicze stanowiska mają, ze względu na ciasne budżety, inne problemy. Dlatego często zamiast dbać o poziom, główkują jak zapłacić ludziom, skoro pieniędzy mają na pensje np. dla 8 osób, a na wypłatę czeka ich 10.

Konkluzja jest dość smutna – polskie media albo trzeba traktować maksymalnie krytycznie. Zakładać że zwykle naciągają i starać się samemu, surfując po morzu informacji wyciągać własną średnią. To jednak wymaga wiele sił i samozaparcia. Inna opcja, którą bezwiednie wybiera większość Polaków, to olewanie mediów w ogóle. Do czego to doprowadzi, nie wiem. Ale nie jest dobrze, czego sam jestem świadkiem na co dzień.

Mój redakcyjny kolega ma takie fajne określenie na gorączkową bieganinę, która rozpoczyna się, kiedy okazuje się że w ciągu 15 minut ktoś musi coś napisać, bo jak nie, to będzie biała plama jutro w gazecie. Właśnie wtedy w tekstach pojawiają się wymyśleni rozmówcy i wzięte z sufitu liczby, etc. Ów kolega wtedy zagaja, wskazując na rozgorączkowanych: – Zobacz, znów pożar w burdelu.

Written by bogusz

grudzień 11, 2007 @ 8:21 pm

Napisane w media

Odpowiedzi: 5

Subscribe to comments with RSS.

  1. Amen.

    Lenny

    grudzień 12, 2007 at 4:11 pm

  2. wow, czyzbyś doczytał do końca? kongratulacje! :)

    bogusz

    grudzień 12, 2007 at 4:18 pm

  3. spox, mam duzo czasu na dyzurach w firmie ;)

    Lenny

    grudzień 16, 2007 at 5:32 pm

  4. Nic dodać, nic ująć.

    Kaśka

    grudzień 22, 2007 at 6:35 pm

  5. heh wcale nie takie długie. A takest świetny i w pełni oddaje problem.

    Szczur

    styczeń 22, 2008 at 11:52 am


Dodaj komentarz