Jak się pozbyć SLD, czyli fantazje Marka Migalskiego
Nie ma to jak poczytać przy kolacji wkurzający tekst, który pobudzi szare komórki, a żołądek zmusi do polemicznego trawienia. Jak widać, nawet przy spaghetti z mikrofali nie da się uciec do polityki.
Artykułem, który mnie wkurzył, jest tekst „Jak się pozbyć SLD” wydrukowany w dziale „opinie” wtorkowej „Rzeczpospolitej”. Znajdziecie go tutaj.
Marek Migalski snuje w swoim artykule wizję: Kaczyński z Tuskiem dogadują się, robią ordynację większościową, rządzą przez dziesięciolecia, a zjednoczy ich dążenie do zlikwidowania SLD i PSL. Tak będzie według niego bardziej demokratycznie.
Co?
Pisze Migalski tak:
„Kiedy z systemu partyjnego wyeliminowano populistów, (…) nadarza się okazja do pozbycia się (…) postkomunistów i ludowców. Z punktu widzenia polskiej demokracji i zdolności rządzenia byłoby to wskazane.”
Narzędziem na drodze do celu jest wprowadzenie większościowej ordynacji wyborczej. To taka, gdzie zwycięzca bierze wszystko. Np. jeśli w województwie łódzkim Unia Polityki Realnej wygrywa, to bierze wszystkie mandaty z tego regionu. Tak jest np. w Wielkiej Brytanii czy USA. To dla przypomnienia.
Wg. Migalskiego obowiązujący w Polsce system wyborów proporcjonalnych (ilość foteli w parlamencie odpowiada procentowi poparcia) już wyczerpał swoja formułę.
„Dzięki niej (ordynacji większościowej) odbyliśmy proces uczenia się funkcjonowania w demokratycznej przestrzeni politycznej.”
Aha. Odbyliśmy, czyli osiągnęliśmy już taki poziom kultury politycznej, jak np. Szwecja czy Wielka Brytania. Sama obecność w Polsce takich gigantów sztuki kulturalnego dyskursu i politykowania z klasą jak Jacek Kurski, Jarosław Kaczyński, Janusz Palikot, Joachim Brudziński, Piotr Misztal, Andrzej Lepper czy Roman Giertych, świadczy o tym, że rzeczywiście odbyliśmy już proces uczenia się demokracji.
Jednak według Migalskiego możemy już zrezygnować z przepisów, które wymuszają na polskich politykach negocjacje i dogadywanie się w koalicjach:
„(ordynacja proporcjonalna) zatruwa polską demokrację przez niemożność rządzenia w warunkach stabilnej większości, bez konieczności opierania się na (…) SLD i PSL”.
To brzmi jak hymn politycznych nieudaczników. Nie umiemy zdobyć takiego poparcia, by rządzić samodzielnie i nie mamy na to pomysłu. Więc, cholera, zmieńmy przepisy, które nas do tego zmuszają. Płacz sfrustrowanego dzieciaka, który nie może dosięgnąć zabawki, więc domaga się by mu półkę obniżyć.
Nawołując do takiego zmodyfikowania przepisów, by wyeliminowały SLD i PSL, Migalski nie podaje żadnych konkretnych argumentów na rzecz takiego rozwiązania. Wspomina o problemach, jakie mają te ugrupowania „z funkcjonowaniem w warunkach transparentnej demokracji” i przywołuje przykład francuskiego populisty Le Pena, któremu wyborcy pokazali czerwoną kartkę, skazując na niebyt.
„Nie jest wyrazem autorytaryzmu takie konstruowanie ordynacji wyborczej, by eliminowała z życia parlamentarnego konkretne partie i konkretnych polityków. Kwestią sporną pozostaje jedynie, jakie to maja być partie, i jacy politycy”.
Machiawelizm w czystej postaci – ważny skutek, nieważne metody. I to pisze facet, który kilka akapitów dalej zarzuca SLD i PSL „kapitalizm polityczny”.
Po co to wszystko? Jeśli czytelnik jakoś dotrwa do ostatniej szpalty, zobaczy światełko w tunelu w postaci bajkowej wizji:
„(…) współpraca w tej materii między Kaczyńskim a Tuskiem pozwoliłaby im na dziesięciolecia dzielić między siebie władzę w naszym kraju, bez konieczności dogadywania się z postkomunistami czy ludowcami (…), ale zacietrzewienie w wojnie nie pozwala im dostrzec, że porzucając ja na chwilę, mogliby podzielić kraj między siebie. I wówczas na przemian rządziliby Polską przez długie dziesięciolecia (…).
Zgroza. Jeśli byłaby to dyskusja i piłce nożnej przy piwie, to można by było coś podobnego skomentować propozycją, by rozmówca spróbował palić mniej niż trzy skręty dziennie lub zmienił dealera. Tymczasem mówimy o facecie, któremu marzy się faszyzm i inżynieria społeczno-polityczna. Powiało strachem.
W całym tekście Migalski nie wspomina ani razu o wyborcach, o głosującym społeczeństwie. Traktuje je jak anonimową masę, dostarczającą głosów.
Zapomniał, że polityka jest po coś. Jest działalnością ukierunkowaną za załatwianie konkretnych problemów, na efekt odczuwalny dla wyborcy, a nie sztuką samą dla siebie. Manipulowanie konstytucją i ordynacja wyborczą tylko dla korzyści konkretnych ugrupowań to nawet nie cynizm i przejaw oderwania od rzeczywistości. To przede wszystkim przyznanie się do wielkiej słabości: prawicowe ugrupowania nie są na tyle silne, by rządzić samemu, więc musimy zamieszać w prawie tak, by mogły to zrobić.
Marek Migalski jest przedstawiany jako politolog. Formułując jednak antydemokratyczne pomysły na rewolucję polityczną w Polsce, i nie wspominając przy tym ani razu o wyborcach i ich interesie, dowodzi że nie jest naukowcem, a fantastą. Mam tylko nadzieję, że te głupie pomysły są tylko przejawem uzależnienia od rozgłosu w mediach.
