Od debili dla debili
Ciekawy tekst napisał w świątecznej ” Wyborczej” Witold Gadomski (tekstu nie ma jeszcze w sieci). To kolejny jego artykuł o roli mediów w naszej, polskiej polityce, o coraz większym prymitywizmie przekazu medialnego w Polsce.
Doszedł do interesującego wniosku, który musi się wydać intelektualnie kuszący każdemu, kto oglądając w naszym kraju telewizję czuje poirytowanie, a po oglądnięciu wieczornego newsowego kombo (Informacje, Fakty, Wiadomości), nie czuje się dobrze poinformowany, a raczej zmęczony informacjami o tym który z polityków popisał się dziś zgrabniejszym bon motem.
Gadomski przytacza książkę “Zabawić się na śmierć” Neila Postmana, który napisał, że złotym wiekiem demokracji była epoka druku. Było tak, bo umożliwiał on poważną debatę o sprawach publicznych. TV taką debatę wg. Postmana uniemożliwia.
Dalej Gadomski przytacza Giovanniego Sartoriego i książkę “Homo videns. Telewizja i postmyślenie”. Napisał więc Sartori, że w TV “liczy się informacja najbardziej filmowa. Gdy zabraknie materiału obrazkowego, informacja, nawet jeśli pojawi się na antenie, nie dotrze do odbiorcy”.
Jeśli ktoś ma wątpliwości, polecam znaleźć w internecie np. stare “dzienniki telewizyjne” z późnych lat 80., czasów Okrągłego Stoł¨, itd. Działo się wiele, mówiono wiele o rzeczach waźnych, jednak dziś oglądając tamte słowa, bardziej zwrócimy uwagę na przaśność studia, dziwny ubiór prezentera, a statyczność obrazu będzie razić.
Obiema rękami podpisuję się pod zacytowaną przez Witolda Gadomskiego tezą Postmana i Sartoriego: “w telewizji nie jest możliwa debata o sprawach publicznych, liczy się gest, mina, obraz”.
Naiwne byłoby zżymać się na to wszystko, i obrażać na rzeczywistość. Jest, jak jest , a telewizja nie jest niezbędna do życia i wyrabiania sobie poglądu na sprawy.
Martwi mnie jednek, idąc nieco dalej od tego, o czym napisał Gadomski, że obrazkowość przekazu wkracza dalej, do mediów drukowanych. W ogólnopolskiej gazecie, która chce być czymś pośrednim między tabloidem a powaźną gazetą, czyli podawać dobre, rzetelne informacje w zrozumiały, “ludzki” sposób, rządzi obraz.
W tekście liczy się tylko tytuł, dwa – trzy zdania otwierające. Reszta – bez znaczenia, bo jak powiedział ktoś z kierownictwa, “i tak tego nikt nie czyta”. Liczy się to, co wielkimi literami, co na zdjęciu, co na infografice.
Jeden z moich kumpli z działu ekonomicznego ostatnio pół dnia gromadził dane do infografiki, która miała towarzyszyć jego artykułowi o inflacji, pokazywać jaka była jej wysokość w ostatnich latach, na początku lat 90. i inne takie. Ostatecznie wykresy zostały zdjęte, bo będą “zbyt skomplikowane”. Zastąpiły je zdjęcia ziemniaków, cebuli i innych podstawowych produktów, wraz z informacją o ile mają zrożeć.
Cóż, po co Czytelnik miałby być epatowany nadmiarem informacji. Lepiej naszykować tekst, w wyniku którego zamruczy pod nosem “cholera, znów pyry drożeją”. Upraszczanie tekstów, prymiwizm wręcz. Nie sposób napisać czegoś o trendach, spojrzeć na coś krytycznie, w poprzek trendów, pod prąd. Większość przekazu musi się sprowadzać do przekazu co zdrożeje, co potanieje. Ok, to jest waźne, ale nie wyłącznie.
Wydaje mi się, że nie tędy droga. Dość celnie ujął to Gadomski, pisząc o tabloidyzacji w odniesieniu do polityki:
“Media sprawiają, że pozornie skraca się kontakt między politykiem a wyborcą. Dzięki sondażom polityk już następnego dnia wie, czy postąpił słusznie. Politycy coraz bardziej martwią się reakcją wyborców, a wyborcy są przekonani, że potrafią zmusić polityków do do działań zgodnych z ich preferencjami. Tylko nie wiedzą, jakie jest pole realnych wyborów. Media skupione na zabawie i szybkim obrazie nie komunikują tych problemów społeczeństwu. Nie ma dyskusji o bombie demograficznej, związanej ze starzeniem się społeczeństwa, o narastającym długu publicznym, długach hipotecznych gospodarstw domowych, o fatalnym poziomie przedmiotów ścisłych w szkołach, konieczności dokonania ogromnych inwestycji w energetyce, perspektywie budżetowej Unii po 2013 r.i zaśmiecaniu lasów”.
Do tego katalogu można dodać jeszcze listę innych problemów, jak np. małe nakłady na naukę, badania, nowe technologie, dostęp do internetu na wsiach, i wiele innych, ale nie o to chodzi.
Znów mógłbym się silić na własną puentę, ale podeprę się Gadomskim, bo po raz kolejny trafił w 10, pisząc:
“Problemy nie znikną. Są jak góry lodowe, naprzeciw którym płyniemy kierowani przez kapitanów zajętych kłótnią o melodię, jaką przygrywa telewizyjna orkiestra”.
Uczestniczę w tworzeniu tego medialnego, obrazkowego zgiełku. Martwi mnie to, co się dzieje. Oczywiście to wołanie na puszczy. Na masowe odrzucenie lekkiej informacyjno-obrazkowej papki nie ma co liczyć. Mam nadzieję, że ze kilka, kilkanaście lat to się zmieni. W końcu w jakiś sposób cały czas dojrzewamy po transformacji do normalnego życia, zaczętej w 1989. Wwielu bardziej cywilizowanych krajach proces tabloidyzacji nie jest tak dramatyczny, bo przez dziesięciolecia poważne media, jak Financial Times, The Economist, L’Equipe, Frankfurter Allgemaine Zeitung i cała masa innych wyrobiły sobie pokolenia czytelników, o których nie muszą walczyć quasi-tabloidowym przekazem. Tam przez dziesięciolecia były gazety, całostronicowe teksty, polemiki, odpowedzi, listy do redakcji, dyskusje, ważne rzeczy. Dopiero potem przyszła telewizja. U nas wszyscy wystartowali jednocześnie, wraz z powstaniem wolnego rynku. Wszyscy walczą o tego samego odbiorcę. Gazety ścigają się na newsy z internetem, portale w sieci ścigają się z telewizją na coraz atrakcyjniejsze materiały wideo, a telewizje tworzą własne portale, w których teksty piszą dziennikarze jednocześnie pracujący w papierowych mediach. Efekt - przekaz, o kóry, czasem mówimy z ludźmi z redakcji ”od debili, dla debili”.
Każdy gryzie każdego i, niestety, każdy zakłada, ża obiorca potrzebuje taniej sensacji. A prawdziwe problemy, o których pisze choćby Gadomski, leżą odłogiem.
