Mocarstwo na szambie
Poniedziałek rano, ambasada amerykańska w Warszawie. Kolejka osób ubiegających się o wizę. Wejście do środka to start obcowania ze światem wysokich technologii. Bramka – wykrywacz metali. Inny skaner dziwnie piszczy kiedy się do niego zbliżam.
– Ma pan przy sobie jakieś urządzenie z baterią. Proszę je wyjąć, pokazać – stwierdza strażnik.
Zdjęcie paska, zegarka, drobne z kieszeni na tackę, telefon komórkowy zabroniony, można iść dalej po żółtej linii. Szklane drzwi bez klamki otwiera na odległość ktoś z wewnątrz. W środku nie ma szans obcowania z żywym człowiekiem, bo wszyscy są za szybami, a dokumenty podaje się przez metalowe szczeliny. Skanowanie odcisków palców. Ręka lewa, ręka prawa, kciuki, skanowanie dokumentów, kody kreskowe, drukowany numerek wskazujący miejsce w kolejce. W rogu sali amerykańska flaga. Wszystko było bardzo hi-tech, aż do pojawienia się swojskiego rodzimego akcentu, który natychmiast przywołał uśmiechy uspokojenia na twarzach zestresowanych aplikantów:
– Będziecie Państwo musieli poczekać jeszcze 10 minut, mamy małą awarię, zalało nam pomieszczenia konsularne na dole, zaraz przyjdą sprzątaczki z mopami i będzie można kontynuować – poinformował jeden z pracowników.
W Afganistanie Talikowie, w Iraku rebelianci, w Warszawie ścieki. Nie jest łatwo być Amerykaninem.
PS. DziuraWcałym umilknie na mniej więcej tydzień, jako że obaj rozjeżdżamy się po świecie w poszukiwaniu inspiracji i tematów, których – sami przyznacie, Szanowni Blogoczytelnicy – ostatnio nam jakby brakowało. Zającowi już zazdroszczę wizyty w (chyba) Bawarii, i dzisiejszej jazdy w pociągowym przedziale z człowiekiem-instytucją, Tomkiem Lipińskim:

to raczej Badenia-Wirtembergia ale to detal.
faktycznie okolice bardzo spoko no i biale swiezo warzone piwo co krok :)
ty ziomek lepiej opowiedz co tam w stolicy grunge’u :)
zajac
maj 9, 2008 at 8:45 am