Jestem na studium doktoranckim – wspólnie z moją Promotorką zaliczamy jednodniowy wyjazd służbowy do stolicy.
Program wyjazdu zaliczony.
Docieramy na Centralny ponad pół godziny przed odjazdem powrotnego ekspresu (”Krakus”) do Krakowa.
Szukamy WC na dworcu, aby w miarę możności nie musieć potem korzystać z toalety w pociągu -
błąkamy się po tunelach i przejściach, które (choć właściwie poruszaliśmy się wtedy tylko po kondygnacji bezpośrednio nad peronami) wydają się nam ogromnym pogmatwanym labiryntem – i nie możemy znaleźć!
(oznaczenia niewyraźne, wiodą donikąd! pytamy ludzi – wyjaśniają inaczej, niżby należało odczytywać znaki, no i każdy kolejny zapytany mówi co innego – po pewnym czasie i sporej porcji takich objaśnień nie wiemy już nic, nawet tego, w jakim miejscu właśnie stoimy!).
W końcu znajdujemy – zamknięta! Na drzwiach potężna kłódka…
Tymczasem moja Promotor – już wówczas Pani dobrze ponad 60 – ma dość.
Kapituluje przed bólem, jakim jest każdy kolejny krok po kilkunastu godzinach spędzonych bez chwili przerwy w pantoflach na wysokich szpilkach, które to pantofle już dawno zdążyły obetrzeć jej obie pięty – ale które są dla mojej Opiekunki Naukowej stałym elementem “oficjalnego” stroju wyjazdowego na czas, gdy nie ma śniegu ani mrozu, podobnie jak kapelusz z broszką i ogromnym piórem, broszka w klapie żakietu, kamea spinająca bluzkę pod szyją…;
kapituluje też przed skutkami obiadu, do którego wypiła dwie sety, a potem jeszcze jakieś piwo, jakąś kawusię…
Zaczyna jęczeć, że długo już nie wytrzyma, że musi już, natychmiast, właśnie tutaj i teraz; po chwili żąda tonem niezadowolonej szefowej – oto powinienem jej natychmiast wskazać miejsce, w którym mogłaby rozwiązać swój problem…
Czasu do dyspozycji coraz mniej, już wiadomo, że nie da się odłożyć podstawowych spraw życiowych na później, po odjeździe pociągu wraz z nami wewnątrz. W tej obłąkanej wędrówce trafiamy w końcu do jakiegoś korytarza, z którego również są zejścia na perony – no więc wiemy na nowo, gdzie jesteśmy – i którym tak “na oko” chodzi mniej ludzi
(chyba było to przejście łączące perony od strony Emilii Plater, PKiN i dworca Śródmieście).
Dochodzimy do zejścia na peron IV – na tablicy elektromagnetycznej układają się białe literki “Kraków Główny” na czarnym tle i godzina odjazdu – równocześnie zapowiadają przyjazd naszego ekspresu ze Wschodniego.
Jacyś ludzie przeszli, nikt nowy chwilowo nie nadchodzi…
Pani Profesor podejmuje decyzję:
“Panie…, potrzyma Pan z łaski swojej moją torebkę!”.
Daje mi do “potrzymania” rzeczoną torebkę i jeszcze dwie siaty;
następnie prędko podnosi spódnicę wraz z halką, ściąga majtki, kuca wypinając pas do pończoch ku ścianie, błyskawicznie załatwia się na posadzkę tunelu…
- i oto ulga, najważniejszy stres z głowy, tylko szybko się ubrać – i można ruszać dalej.
Oddaję Pani Promotor torebkę, siaty dźwigam dalej;
schodzimy pochylnią, jeszcze długi marsz wzdłuż peronu…
Do końcowego wagonu pociągu dobiegamy w ostatniej chwili.
Po takim doświadczeniu, jak opisane wyżej, moja Pani Profesor podczas kolejnego wspólnego wyjazdu, krótko po opisanym, w identycznej sytuacji
(bolące nogi w niewygodnych szpilkach, skutki obfitego i nieźle “podlanego” obiadu, potęgujące się gwałtownie ),
- zrezygnowała z góry z poszukiwania jakiejkolwiek toalety.
Czując nadciągającą katastrofę, załatwiła się w jakimś zakątku pasażu za Ścianą Wschodnią, przez który przechodziliśmy w drodze do Dworca.
Poza tym, gdyby była możliwość techniczna poprawiania wpisu już wyświetlonego, chętnie przestylizowałbym cokolwiek mój pierwszy wpis (tak, aby jeszcze wzmocnić światłocienie…).
Jak to bywało dawniej…
Pełnia komuny – rok 1983 albo 1984.
Jestem na studium doktoranckim – wspólnie z moją Promotorką zaliczamy jednodniowy wyjazd służbowy do stolicy.
Program wyjazdu zaliczony.
Docieramy na Centralny ponad pół godziny przed odjazdem powrotnego ekspresu (”Krakus”) do Krakowa.
Szukamy WC na dworcu, aby w miarę możności nie musieć potem korzystać z toalety w pociągu -
błąkamy się po tunelach i przejściach, które (choć właściwie poruszaliśmy się wtedy tylko po kondygnacji bezpośrednio nad peronami) wydają się nam ogromnym pogmatwanym labiryntem – i nie możemy znaleźć!
(oznaczenia niewyraźne, wiodą donikąd! pytamy ludzi – wyjaśniają inaczej, niżby należało odczytywać znaki, no i każdy kolejny zapytany mówi co innego – po pewnym czasie i sporej porcji takich objaśnień nie wiemy już nic, nawet tego, w jakim miejscu właśnie stoimy!).
W końcu znajdujemy – zamknięta! Na drzwiach potężna kłódka…
Tymczasem moja Promotor – już wówczas Pani dobrze ponad 60 – ma dość.
Kapituluje przed bólem, jakim jest każdy kolejny krok po kilkunastu godzinach spędzonych bez chwili przerwy w pantoflach na wysokich szpilkach, które to pantofle już dawno zdążyły obetrzeć jej obie pięty – ale które są dla mojej Opiekunki Naukowej stałym elementem “oficjalnego” stroju wyjazdowego na czas, gdy nie ma śniegu ani mrozu, podobnie jak kapelusz z broszką i ogromnym piórem, broszka w klapie żakietu, kamea spinająca bluzkę pod szyją…;
kapituluje też przed skutkami obiadu, do którego wypiła dwie sety, a potem jeszcze jakieś piwo, jakąś kawusię…
Zaczyna jęczeć, że długo już nie wytrzyma, że musi już, natychmiast, właśnie tutaj i teraz; po chwili żąda tonem niezadowolonej szefowej – oto powinienem jej natychmiast wskazać miejsce, w którym mogłaby rozwiązać swój problem…
Czasu do dyspozycji coraz mniej, już wiadomo, że nie da się odłożyć podstawowych spraw życiowych na później, po odjeździe pociągu wraz z nami wewnątrz. W tej obłąkanej wędrówce trafiamy w końcu do jakiegoś korytarza, z którego również są zejścia na perony – no więc wiemy na nowo, gdzie jesteśmy – i którym tak “na oko” chodzi mniej ludzi
(chyba było to przejście łączące perony od strony Emilii Plater, PKiN i dworca Śródmieście).
Dochodzimy do zejścia na peron IV – na tablicy elektromagnetycznej układają się białe literki “Kraków Główny” na czarnym tle i godzina odjazdu – równocześnie zapowiadają przyjazd naszego ekspresu ze Wschodniego.
Jacyś ludzie przeszli, nikt nowy chwilowo nie nadchodzi…
Pani Profesor podejmuje decyzję:
“Panie…, potrzyma Pan z łaski swojej moją torebkę!”.
Daje mi do “potrzymania” rzeczoną torebkę i jeszcze dwie siaty;
następnie prędko podnosi spódnicę wraz z halką, ściąga majtki, kuca wypinając pas do pończoch ku ścianie, błyskawicznie załatwia się na posadzkę tunelu…
- i oto ulga, najważniejszy stres z głowy, tylko szybko się ubrać – i można ruszać dalej.
Oddaję Pani Promotor torebkę, siaty dźwigam dalej;
schodzimy pochylnią, jeszcze długi marsz wzdłuż peronu…
Do końcowego wagonu pociągu dobiegamy w ostatniej chwili.
luccio1
lipiec 25, 2008 at 6:45 pm
mocne. Naprawdę.
bogusz
lipiec 28, 2008 at 12:03 am
Po takim doświadczeniu, jak opisane wyżej, moja Pani Profesor podczas kolejnego wspólnego wyjazdu, krótko po opisanym, w identycznej sytuacji
(bolące nogi w niewygodnych szpilkach, skutki obfitego i nieźle “podlanego” obiadu, potęgujące się gwałtownie ),
- zrezygnowała z góry z poszukiwania jakiejkolwiek toalety.
Czując nadciągającą katastrofę, załatwiła się w jakimś zakątku pasażu za Ścianą Wschodnią, przez który przechodziliśmy w drodze do Dworca.
luccio1
lipiec 28, 2008 at 9:41 pm
Poza tym, gdyby była możliwość techniczna poprawiania wpisu już wyświetlonego, chętnie przestylizowałbym cokolwiek mój pierwszy wpis (tak, aby jeszcze wzmocnić światłocienie…).
luccio1
lipiec 29, 2008 at 8:48 am