Ballada fryzjerska
Bartek, mój przyjaciel, chodzi do fryzjera w Poznaniu, który swój salonik ma w tym samym miejscu od mniej więcej 40 lat. Ten sam facet strzygł głowę dziadka, potem taty, a teraz najmłodszego i najbrzydszego z tej trójki.
O takich zasiedziałościach rodem z czeskiego filmu mogę tylko pomarzyć. W ciagu kilku ostatnich lat kilkukrotnie zmieniała się praca i miejsce zamieszkania. Póki co nie dla mnie sceny jak z „Dymu”, kiedy bohater po pracy zagląda do swojskiej knajpki na rogu, przybija piątkę z barmanem, a na ulicy przed sklepem wita się z każdym przechodniem. Swoja drogą, ciekawe czy w Polsce jest to możliwe – ale to inna historia.
Do rzeczy. Jakość usług w Polsce leży i kwiczy, a fryzjerzy są tego koronnym przykładem. Nieco nomadyczny styl życia spowodował, że korzystałem w życiu już z dziesiątków takich przybytków. Może raz byłem całkowicie zadowolony, co pewnie musiało się w końcu zdarzyć, jeśli wziąć pod uwagę liczbę prób. Niedoróbki, niedocięte kawałki, odcięte włosy na czole – to norma. Najzabawniejsze jest to, że nie można niczym na filmach prosto od fryzjera iść w miasto. Miejscem gdzie chcesz pójść, jest dom w którym sprawdzisz, czy wszystko gra. Dobrze mieć nożyczki, by poprawić to czy tamto i wskoczyć pod prysznic by zmyć krótkie włoski z szyi, które drapią jak jasna cholera.
Wszystko byłoby ok, gdybym miał udziwnione wymagania, albo perfekcyjną fryzurę niczym Manolo Ribera z „Człowieka z Blizną”. Jednak do zadowolenia mnie wystarczy zaledwie maszynka elektryczna, żadnych cudów. To jednak wciąż za dużo dla umalowanych, utipsowanych niuń z wyrazem twarzy wskazującym na bieżące obycie z najnowszą listą przebojów „Vivy”. Oto dialog dziś odbyty w kolejnym salonie, któremu postanowiłem dać szansę:
- Irokeza Panu zrobimy!
- Nie ma mowy.
- Ale ładny będzie.
- Nie. Chce równo, maszynką.
- No to może u góry zostawie dłuższe i postawimy woskiem?
- Naprawdę, dziękuję.
Wzięła więc maszynkę, rach ciach, płacę. Miła pani przypomniała sobie jednak o potędze marketingu i nie omieszkała na koniec zareklamować swojego salonu. By mieć pewność, że klient wróci:
- Ale następnym razem to zrobię Panu boki na zero i będzie Pan musiał mieć irokeza!
- … Do widzenia!
W domu zbliżyłem się do lustra i po raz kolejny przekonałem się, że usadzanie klienta w salonach fryzjerskich daleko od lustra ma jednak sens. Nie widzisz braków i się nie burzysz. A ilość poprawek, które trzeba było wykonać (na szczęście mam swoją maszynkę), przekonuje że to były jednej z najgorzej wydanych 20 zł w moim życiu.

No to sobie teraz wyobraź Boguś, co muszą przeżywać babki, jak nie mają swojego stałego fryzjera, albo jest on właśnie na urlopie i trzeba iść gdzie indziej!!! Na miasto wtedy z pewnością iść nie można. Zresztą słyszałam już nie raz, że kobiety zaraz po wymodelowaniu włosów lecą do domu ułożyć je “po swojemu”. To norma. Ja też tak mam :)
Szyszka
lipiec 16, 2008 at 12:48 pm
Każdy z takich fachowców zasłużył na przymusowe ostrzyżenie na fantę:)
bogusz
lipiec 17, 2008 at 12:34 am
Ja: bez układania, żadnych lakierów, żeli, proszę.
Fryzjerka: ale troche pani te włoski (!?) na szczotkę powyciągam!
Ja: ale naprawdę nie trzeba, suszenie wystarczy!
F: w ogóle się pani te włosy nie układają! powyciągam, to nie będą tak leżeć.
Ja: grrr…
Fryzjerka: i żel na grzywkę, takie pazurki pani zrobię, od razu inaczej.
Ja: aleeee…
F (stawia na swoim, wywija suszarką, maże żelem): no i co, lepiej, nie? Trzydzieści złotych proszę.
Ja: na szczęście mam blisko do domu…
minstockholm
lipiec 21, 2008 at 2:14 pm
pyszne!
Okazuje się, że do fryzjera trzeba chodzić z osobistym wizażystą, który będzie pilnował ruchów fryzjerów-oprawców. Tylko że jak ktoś ma wizażystę, to pewnie nie chodzi do takich salonów pełnych traumy. Ondulacyjny matriks się zamyka :D
bogusz
lipiec 21, 2008 at 5:34 pm
Ostatnio miałem podobną akcję. Chce zejść już z fotela, ale fryzjerka przekonuje, że jeszcze musi coś zrobić. Kiedy na prawdę wszystko jest ok – jestem zadowolony, ta nagle wali 5 kg. żelu na głowe co sprawia iż wyglądam jak jakiś pedał. Po drodzę próbuję coś zrobić z felerną fryzurą, ale niewiele się udaje. Szlak mnie trafia, a najgorsze jest to, że do domu miałem naprawdę daleko ;)
brzozaw
lipiec 21, 2008 at 6:05 pm
Sam sie strzygę i jest git! Po kilku popelinach i wtopach już sam mogę robić sobie dobrze, dwa lusterka i maszynka. No ale ja jestem parweniusz bez wymagań :)
Lenny
lipiec 25, 2008 at 10:56 am
dojrzewam do podobnej decyzji, przy okazji można wobie wyostrzyć koordynację oko-ręka :)
bogusz
lipiec 25, 2008 at 11:06 am