Potencjalne dobre strony kryzysu
Z pewną nadzieją patrzę kryzys gospodarczy, mimo że wszyscy dookoła mówią o tym, ile kosztuje już frank. Liczę że kryzys skończy z przyspieszającą jak kula śniegowa rotacją towarów, która stała się kołem zamachowym gospodarki sterroryzowanej przez słupki corocznego wzrostu przychodów.
Rotację najbardziej widać w elektronice, bo gadżety najszybciej idą do przodu. Np. nowe modele MacBooków Apple wychodzą na rynek średnio co 195 dni. Czyli kupując nowego laptopa w dniu premiery, mamy niecałe 200 dni, zanim poczujemy coś w rodzaju „cholera, wtedy dopłaciłem, a teraz w nowym modelu dają to za darmo”. Podobnie z samochodami, które przecież z natury są czymś, co ma nam służyć przynajmniej 2-3 lata. W Europie tego zjawiska jeszcze nie widać, ale w USA (przynajmniej do niedawna) już w środku lata zaczynały się kampanie reklamowe samochodów z przyszłego rocznika. Choćby był to obecny na rynku już parę lat Ford Focus, to edycja 2009 jest reklamowana jako przełomowo lepsza niż 2008.
Budowanie produktów, które są po prostu dobre i będą długo dobrze działać, jest w niczyim interesie. Jeżeli zrobimy komputer czy samochód, które przy normalnym użytkowaniu będą super działać nie przez 2-3, a 8-10 lat, to firma sprzedając taki produkt, nawet drogo, na kilka najbliższych lat ma z głowy klienta, nie zarobi na nim. Tak było z mercedesami „beczkami”, które na taryfach jeździły po 20 lat. Dlatego opłaca się robić produkty wystarczająco dobre, ale nie opłaca się już ich wciąż udoskonalać.
Jednocześnie opracowywanie nowości powoduje, że firmy balansują na finansowej linie. Skutek jest taki, że spadek przychodów w skali jednego kwartału o 5 proc. zagraża istnieniu firmy. Czy wyobrażacie sobie, by np. wasz domowy budżet zaczął się rozpadać po zmniejszeniu pensji o 5 proc.? Oczywiście, my, konsumenci, sami to stymulujemy, delirycznie domagając się wciąż nowinek. Pamiętacie kolejki koczujących w oczekiwaniu na premierę iPhone?
Pogoń większości konsumentów za nowinkami ma swoją cenę, czyli wszechobecną „kulturę beta”. Niedopracowanie najnowszych modeli wszystkiego sprawia, że każdy trzeźwo myślący konsument wie, by samochodu, elektroniki, oprogramowania czy jakiegokolwiek sprzętu o stopniu złożoności większym od łopaty, nie kupować od razu. Raczej tylko po tym jak ukażą się poprawki oprogramowania, wyjdą wady fabryczne, a producent aut wezwie właścicieli nówek do serwisu, bo nie przetestowana do końca śrubka (mało czasu!) może ich na zakręcie wysłać do Krainy Wiecznych Łowów.
Zasilane przez nas, głosujących portfelami, terror nowości i rotacja produktów sprawiają też, że mamy coraz więcej opcji do wyboru, decyzji do podjęcia. Barry Schwartz w „Paradox Of Choice” napisał, że zbyt wiele możliwości wyboru utrudnia podejmowanie decyzji. Wybór ze 100 opcji nowego samochodu jest znacznie trudniejszy niż z pięciu. Co więcej, nawet kiedy w końcu decyzję podejmiemy, nie jesteśmy z niej zadowoleni, bo żałujemy innych, nie wybranych opcji. W bólach kupiliśmy np. Nissana, ale już dzień po żałujemy, że to jednak nie była Toyota. Z powodu mnogości wyborów, nie zawsze jesteśmy w stanie docenić swoją decyzję, nawet jeśli była naprawdę dobra.

Rotacja i terror nowości wywierają zły wpływ na nas samych. Jak wskazuje Schwartz, mnogość opcji wyboru prowadzi do obwiniania samego siebie za złe decyzje. Jeśli kupując samochód, jak np. w latach 70., mieliśmy do wyboru tylko malucha i fiata 125, to kiedy wóz okazywał się do bani, to właściciel nie był winny: „Cóż miałem kupić, nie było innego wyboru”. Jeśli jednak nie jesteśmy zadowoleni z decyzji podjętej w sytuacji, kiedy opcji wyboru było 100, to winni jesteśmy my sami. „Powinienem szukać lepiej, pewnie coś przeoczyłem”. Większe możliwości wyboru powodują, że nie mamy już łatwych wytłumaczeń dla złych decyzji.
Dlatego, jeśli z powodu globalnego kryzysu kołowrotek nowości i rotacji zwolni, jeśli firmy dostrzegą, że model komórki z 2006 dużej części rynku jest nadal dobry w 2009, jeśli 5 proc. spadek przychodów firm nie będzie zagrażał ich istnieniu, jeśli nie będziemy marketingowym batem popędzani do podejmowania coraz to nowych decyzji, to kryzys choć w jakiejś części okaże się zbawienny w skutkach. Naiwne to oczekiwania, ale szczere.

Myślę sobie, że z ci którzy plują sobie w brodę, że dokonali złego wyboru, to zazwyczaj ludzie nieodporni na presję i niepewni własnego zdania. Wiesz, tacy ktorzy podczas dyskusji bardzo szybko przyznają rację oponentowi. Jeżeli jesteś świadomym “wybieraczem” to wiesz dlaczego wybrałeś tę właśnie rzecz, podjąłeś przemyślaną decyzję, i nikt, ani spece od reklamy, ani domorośli mądrale nie wpłyną na twoją opinię.
p.s. Wolę określenie recesja. kryzys brzmi tak złowróżbnie ;)
Pzdr.
Lenny
luty 8, 2009 at 11:51 pm
Rzecz w tym, że w pełni świadome podejmowanie decyzji to rzadkość. Przynajmniej jeśli dotyczy dóbr czy usług, które są nośnikiem jakiejś marki, czy też przedmiotem działalności marketingowej. Często dążenie do bycia świadomym wybieraczem oznacza przesunięcie się z roli rynkowego leminga podatnego na najordynarniejsze rynkowe strategie, do niszy nieco bardziej wysublimowanych klientów, dla których trzeba się już nieco bardziej postarać (Mac, Volvo, etc). Słowem – wybieram świadomie, ale i tak w tym wyborze kieruję się jakimiś regułami, ukształtowanymi przez rynek. Tak sądzę.
bogusz
luty 10, 2009 at 3:23 pm