Chodzi o kasę
Miałem nie pisać o błaznach typu Kurski czy Palikot, bo każda wzmianka o nich oznacza powielanie choć części bredni jakie głoszą, ale zrobię wyjątek. Media z lubością mielą Palikotową hecę, mimo że czują, że to żenada.
Oto kilka wycinków z pierwszej strony wyborcza.pl:

Takie tuzy publicystyki jak Cezary Michalski na poważnie rozważają, czemu Palikot robi to co robi i dlaczego PO co najwyżej wymierzy mu za żartobliwego to klapsa, grożąc paluszkiem.
Zastanawiające, że nikt nie pisze wprost, że Palikot to jeden z najbogatszych Polaków (330 mln zł w 2006 r.) i do partyjnej kasy pewnie wrzuca więcej niż comiesięczna, dziesięciozłotowa obowiązkowa składka radnego z, powiedzmy, Biłogoraja. To chyba tłumaczy, dlaczego ten poseł ma dłuższą smycz niż inni.
A Palikotowe debilizmy są dla przeciwników PO wygodne, bo wystawiają platformę na strzał na zasadzie „zobaczcie, jaka ta PO zła, po raz kolejny nie może upilnować posła co ma parcie na szkło”. Z drugiej strony, koordynacja Paligłupot z wtopami PO (Tuks na nartach, gazu nie ma), też pewnie nie jest przypadkowa. I tylko założenie polityków, że tych gierek nie widać, jest przygnębiające.
Możnaby tu zacytować piosenkę Kazika Staszewskiego pt. “Czy wy nas macie za idiotów”, ale Kazik to naiwniak i guzik wie.
odświeżony wygląd
Reklamacji odnośnie zmiany wyglądu nie przyjmujemy. Uznalismy, że tak się lepiej czyta, więcej miejsca na tekst, i w ogóle, to nasz blog i my decydujemy. Tacy raczej pozostaniemy na dłużej.
Londyńczycy z Ułan Bator
Ostatnio obejrzałem (świadomie!) w TV odcinek serialu „Londyńczycy”. Jakoś miałem wolny wieczór, a gdzieś tam przypomniał mi się internetowy nagłówek „ ‘Londyńczycy’ szkalują Polaków”. Zasiadłem zatem, sprawdzimy co to.
Nie wiem co strzeliło mi do głowy. Podświadomie oczekiwałem jakiegoś screenshota sytuacji Polaków na Wyspach, socjologicznego rysu, jakiegoś obrazu, który sprawiałby choć wrażenie, że próbuje przedstawić rzeczywistość. Na ekranie tymczasem jakby „M jak Miłość” czy „Magda M”, tylko w innych wnętrzach, a kamera robi przebitki na ulice inne od warszawskich. Scenariusz leży, aktorstwo – drewno z akademii szkolnej, ogólny ziew. Równie dobrze można zrobić serial „Ułanbatorzanie” dziejący się w stolicy Mongolii. A może o to chodziło? Stworzyć uniwersalny serial, by sprzedać potem format na świat szeroki? Tylko kto kupi takie nudy?
Tak czy siak, wzorzec serialu jest jeden:
Koniec papieru
Kto z was ostatnio kupił papierową gazetę i czytając natknął się na prawdziwie nową, zaskakującą wiadomość? Taką, która spowodowała reakcję typu „o kurczę, tego nie wiedziałem, ale jaja!”?
Stawiam czapkę gruszek przeciwko garstce bździn, że nikt. Papierowe gazety umierają, a kryzys finansowy tę agonię wydatnie przyspiesza. W Polsce wciąż nie wszyscy w to wierzą, dziennikarze i wydawcy traktują Internet – powód tej zmiany – jako przelotną modę, którą da się przeczekać. W USA, najbardziej rozwiniętym rynku medialnym i internetowym, już prognozy przekuły się w czyny. Lada dzień, po 146 latach, z rynku zniknie Seattle Post Intelligencer. Na skraju bankructwa kiwa się The New York Times i Tribune Co., wydawca Chicago Tribune.
Coraz bardziej rozbudowane portale internetowe tradycyjnych gazet nie ratują sprawy, bo przychód wygenerowany w ten sposób nie rekompensuje spadku papierowych nakładów. Do tego kryzys uderzył w branże publikujące najwięcej reklam w gazetach – motoryzację (np. koreański SsangYong bankrutuje) i sieci handlowe (w USA znika np. Circuit City, czyli taki tamtejszy Media Markt).
W Polsce kłopoty ma Agora. Właśnie zwolnili 50 osób, zwolnią jeszcze 250. Zyski spadają, mimo zwiększenia się przychodów. Oznacza to, że muszą coraz więcej wydawać, by utrzymać się na powierzchni. Ludzi zwolniono już w Pulsie Biznesu, Dzienniku, Gazecie Prawnej i innych. Nietknięta została praktycznie tylko „Rzeczpospolita”, ale redukcje i tutaj to kwestia czasu.
I na koniec małe porównanie. Wspomniany Seattle Post Intelligencer prawdopodobnie zniknie zupełnie, bo jego wersja internetowa cieszy cię zbyt małą popularnością, by wygenerować zadowalający przychód. Seattle PI ma 2,6 miliona unikalnych użytkowników miesięcznie. Taka „Rzeczpospolita” ma milion. Dziennik.pl i inni podobnie. W innej lidze gra Gazeta.pl, która z papierową wyborczą nie ma nic wspólnego, a i wyników Agory nie poprawia. Być może jakiś wpływ ma na to coraz bardziej gimnazjalna treść portalu (po co komu kolejny Onet?) – ale to inna kwestia.
Media papierowe to Titanic, którego dziób już jest pod wodą, a śruby napędowe w powietrzu. Jeszcze trochę powalczą. Promocje, filmy w gazecie, prezenciki, ale jeszcze tylko przez chwilę. Papierowi, przygotowujcie się do wejścia do niszy.
Zmrożona Warszawa
Poranek, minus 24 stopnie Celsjusza. Elektrociepłownia Żerań zdaje się pracuje na pełen gwizdek.
Samochód ledwo odpalił, ale i tak jajakoszary obywatel wolę taką zimę, niż grudniową brejęszarugę.


Szwedzka zagadka
Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać fenomen szwedzkiej muzyki pop. Jak w kraju w którym jest przez pół roku ciemno, zimno, nie ma słońca dłużej niż u nas, powstają takie rzeczy jak Abba czy choćby wklejona poniżej Lykke Li? Z tą ostatnią spóźniam się o ponad rok, ale piosenka idealna na grudniowy mróz. W każdym razie, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wzajemne położenie Polski i Szwecji na mapie to żart. Jesteśmy bardziej na południe, to u nas powinny powstawać kolorowe meble z Ikei, słodkie domki rodem z Karlskrony, powinni pisać swoje piosenki The Cardigans czy Jose Gonzales. Tymczasem my mamy Marylę (słyszeliście już w monopolowym „poproszę 0,7 maryli”?), Feel, Radio Zet i herbatę Saga. Na szczęście Lykke Li potrafi sprawić, że nawet dokonania takich wirtuozów sztuki jak Grzegorz Markowski czy Edyta Górniak odchodzą bezboleśnie w niebyt:).
Ale o co kaman?
Poziom edytorski polskich portali juz tylko nanometr dzieli od dna, ale weseli redaktorzy dalej niestrudzenie produkują takie onecizmy jak ten:
Dla tych co czytają w wersji tekstowej:
Tytuł artykułu brzmi: Siły lądowe Izraela rozpoczęły operację w Strefie Gazy.
Natomiast poniżej w tekście: Dowództwo armii Izraela nie zajęło, jak dotąd, jasnego stanowiska w sprawie ewentualnej operacji zbrojnej swych sił naziemnych. Podkreślenie moje.
Nie wiem czym to tłumaczyć. Postępujące skretynienie osoby redagującej tekst? Czy totalnie lekce stosunek do czytelnika?
Barcelona
Szok. Absolutnie najpiękniejsze miasto, w jakim kiedykolwiek byłem. Spokojne, kompaktowe, na ludzką miarę. Czyste, przyjazne i absolutnie facynujące. Świetne jedzenie, zapachy i otwarci ludzie. Morze ciepłe nawet w grudniu na tyle, by położyć się w samej koszuli na piasku i zmoczyć nogi (w Trójmieście już by mnie wieźli na oiom z objawami odmrożeń).
Świetna architektura. Kataloński to dziwna mieszanka francuskiego z hiszpańskim, ale da się znieść. Już jestem pewien , że chciałbym tam mieszkać, choć byłem zbyt krótko, zbyt mało zdjęć mam, by oddały charakter tego wyjątkowego miejsca.






